wtorek, 27 września 2016

CLEO - „Bastet” [RECENZJA]

  Zwykle bywa tak, że artysta nierozerwalnie kojarzony jest z konkretnym gatunkiem w jakim ulokował swoją twórczość na pewnym etapie działalności. W chwili, kiedy jego inspiracje znacznie wykraczają poza przyjęte granice, dochodzi do sytuacji, za którą rozlega się lawina krytycyzmu, obaw, ale też wielu nadziei. Wiadomo jednak, że w dzisiejszych czasach różnorodność stylistyczna stała się towarem pożądanym. Więc w jaki sposób połączyć obie kwestie, tak by zadowolić zarówno stałych słuchaczy, media jak i przyszłych odbiorców?

   Doskonałym przykładem wyjścia z powyższego dylematu jest drugi studyjny album Cleo „Bastet”.

   Jak w przypadku wielu wydawnictw solowy materiał Cleo otwiera tzw. Intro - „List”, chociaż tutaj lepiej sprawdzi się określenie preludium. Dlaczego? Blisko dwuminutowe nagranie to ukłon Cleo w stronę fanów, w którym artystka dziękuję za wspólne chwile oraz oznajmia ewolucję z kolorowych klimatów w bardziej stonowane brzmienia muzyki. Nie jest to również zapis kilkunastu chwytliwych beatów, lecz krótki utwór z wyśpiewanym przesłaniem. Indywidualne debiuty, zwłaszcza wykonawców znanych ze wcześniejszej współpracy z innymi twórcami, mają to do siebie, że ukazują zazwyczaj bogatszy warsztat wokalny i bardziej osobiste zamiłowania gatunkowe. W przypadku Cleo można dostrzec zupełnie nowe, stricte gospelowe oblicze, jak chociażby w kompozycji „Na Pół” uduchowionej uczuciami w asyście ciepłych dźwięków pianina. Emocjonalny, balladowy zamysł usłyszymy także w „Astrofizyce” z metafizycznie pulsującym syntezatorem. We wspomnianej na początku dygresji, celowo przytoczyłem fakt sprostania upodobaniom słuchaczy, do których artysta trafiał przy okazji realizowania wcześniejszych projektów. Tak więc i na „Bastet” pojawiły się odniesienia do „Hiper/Chimery” wydanej wspólnie z Donatanem. W gruncie rzeczy mam na myśli dość znaczne przemycenie undergroundowych dźwięków, a nawet tematyki tekstów. Jest to z pewnością udany zabieg, dzięki czemu premierowy materiał zyskał interdyscyplinarności. „MiSie” to wbrew pozorom metaforyczny tytuł. Opowiadający o aktywnym spędzaniu weekendu utwór, ze znacznie przyspieszającą w refrenach melodią, jest jednym z najlepszych momentów na płycie.
Tytułowe „Bastet” dostarczy sporą dawkę odgłosów natury, przyprawionych o stylizowaną arabską sekcją instrumentalną, której towarzyszą ujmujące melizmaty Cleo. Słuchając tego numeru, łatwo można przenieść się myślami do krainy egipskiej bogini kotów - „Bastet”. Motyw ten dalej kontynuowany jest w siódmej pozycji na trackliście - „Kociej Mamie”, z tym, że orientalne skale zastąpił tutaj tłusty beat. W przypadku doskonale znanych singli charakteryzujących owo wydawnictwo, należy pochwalić współpracowników wokalistki, za dopasowanie tematyki do czasu emisji. Kołyszące, romantyczne „Zabiorę Nas” rozbudzające wrażliwość, trafnie wpasowało się w okres rozpoczynający nowy rok. Melancholijne „Wolę Być” szybko zastąpiła energiczna „N-O-C”, w rytmach której rozkręciła się nie jedna wakacyjna impreza. Kompozycje „Sami”, „Przepis” i „Karma” opowiadają głównie historie damsko-męskich relacji, zwłaszcza w „Przepisie” nie zabrakło nagromadzenia, niewymagających głębszej refleksji podtekstów. Rzadko zdarza się usłyszeć w rozgłośniach radiowych remix jakiejkolwiek, polskiej piosenki. Jako bonus tracki na debiutanckim longplayu Cleo pojawiły się remixowe wersje „Wolę Być” i „Zabiorę Nas”, które są tak samo przebojowe jak ich pierwotne odpowiedniki. I może dlatego „Zabiorę Nas (Basto Remix)” udało się wejść na anteny eteru.

   Cleo udowodniła, że nie boi się zmian i odważnie prezentuje swoją autorską twórczość. Pokazuje się w wielu odsłonach, zatem nie da się zaszufladkować jej do konkretnej kategorii. Angaż tych samych osób (DobroBIT, Jarosław „Jaro” Baran) w proces produkcji, pozwolił bezpiecznie przeobrazić się w solową wokalistkę, jednocześnie nie odcinając korzeni od Donatanema.



Ocena: 8/10

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz