poniedziałek, 18 lipca 2016

„Jestem optymistką i chciałabym, by to przebijało z mojej twórczości [...]” - Wywiad z Mają Hyży

Foto: QLCITY/J.Poremba Foto: QLCITY/J.Poremba

Posiada charyzmatyczną i czarującą barwę głosu. Bez naciągania można porównać ją z Anią Dąbrowską. Zaraża optymizmem, sukcesywnie stawia czoła przeciwnościom losu, a uśmiech jest nieodłącznym elementem jej osobowości.

Zapraszam do przeczytania zapisu mojej rozmowy z Mają Hyży!


Marek Chwedczuk: Jesteś półfinalistką III edycji polskiego X-Factor. Twoim zdaniem udział w programach talent-show jest koniecznym elementem w biografii artysty, chcącego zaistnieć na dzisiejszym rynku?

Maja Hyży: Nie, nie jest koniecznym elementem, ale na pewno jest to miejsce, które może bardzo pomóc, zwłaszcza na początku kariery. Nie odkryję Ameryki, jeśli powiem, że tego typu programy – to przede wszystkim ogromna szansa na zbudowanie popularności i nawiązanie kontaktów, które mogą pomóc w karierze. Ale nie jest to też jedyna droga, jaką może pójść początkujący artysta. Poszukiwanie pomysłu na siebie i swojej drogi artystycznej to zawsze jest bardzo indywidualna decyzja. I to jest fajne, że każdy z nas jest inny, oryginalny i ma swoją artystyczną wizję, gdzie nie zawsze pasuje talent show. Gdyby każdy chodził do tego typu programów, to stałoby się to potwornie nudne. A tak każdy robi to, co czuje i dlatego tak bardzo różnimy się od siebie i jest takie bogactwo muzyki.


Na scenie funkcjonujesz od dwóch lat, wydałaś swój pierwszy solowy album, a także wystąpiłaś podczas 52. KFPP w Opolu. Jakie są Twoje muzyczne cele na najbliższe miesiące?
 
 
Plany na najbliższy czas – to praca nad nowym materiałem muzycznym. Moja debiutancka płyta „W chmurach” ukazała się wiosną ubiegłego roku, już w momencie, kiedy oddaliśmy ostatni materiał do masteringu, w mojej głowie zaczęły pojawiać się kolejne nowe dźwięki, więc teraz ogromnie się cieszę, że będę mogła znowu wejść do studia. Cały czas też eksperymentuję i szukam nowych sposobów wyrazu. To dla mnie ogromnie twórczy czas. Ale też koncertuję z dotychczasowym materiałem i te spotkania z publicznością są dla mnie bardzo ważne, bo dają mi olbrzymią dawkę energii. Wyjść i zaśpiewać dla publiczności, która czeka na Ciebie i na Twoje piosenki – to myślę, że to jedno z najwspanialszych doznań dla artysty.
 




Jaki wykonawca w ostatnich tygodniach przykuł Twoją uwagę i dlaczego?

Z polskich artystów – to na pewno Kortez. Ma taką magię i głębię w swoich utworach, że już od paru miesięcy nie mogę się oderwać od jego płyty. Uwielbiam też Mikromusic – słuchać, ale też z wielką przyjemnością śpiewam na swoich koncertach ich utwór „Takiego chłopaka”. Z artystów zagranicznych – nowa płyta Rudimental. Ta oryginalność łączenia styli i dźwięków u nich mnie zachwyca i powala. Czerpię z nich dużo inspiracji. 


Na Twojej debiutanckiej płycie „W chmurach” znalazły się utwory, do których teksty napisali m.in. Paulina Przybysz i Ryszard Kunce. Czy na nowym albumie słuchacze będą mogli odnaleźć numery napisane przez Ciebie?

Nie wiem, czy jestem już na to gotowa. Cały czas piszę teksty, ale do szuflady – szlifuję swoje umiejętności na sucho (śmiech). Ale zobaczymy, na razie jestem na etapie poszukiwania melodii i dźwięków – i na tym się skupiam. 


Już jako dziecko brałaś udział w różnego formatu konkursach wokalnych, gdzie śpiewałaś w języku polskim, jak i angielskim. Ostatni refren singla „Huragan” zaśpiewałaś właśnie po angielsku i jest to jedyny obcojęzyczny akcent w Twoim repertuarze. Wykonując utwory, w którym z języków czujesz się pewniej? 

Zdecydowanie łatwiej śpiewa się w języku angielskim. To bardzo melodyjny język, wręcz stworzony do śpiewania, ale myślę, że piosenki zaśpiewane po polsku mają dużo większy bagaż emocjonalny. Śpiewając po polsku można dużo więcej przekazać. Chociaż polski odbiorca też więcej oczekuje od polskich słów piosenki niż tych śpiewanych po angielsku. Nie wyobrażam sobie hitu, który miałby bazować na słowach „parasolka olka olka”, ale angielska „ubrella ella ella” dość dobrze się przyjęła (śmiech).


Wolisz koncertować w klubach, czy na scenach plenerowych? 

Bardzo ciężko to porównać, bo koncerty klubowe mają zupełnie inną energię niż te plenerowe. Gdy stoję na dużej scenie z zespołem, to głównie z nich czerpię energię, z ich entuzjazmu i pasji do muzyki. Wspólnie się nakręcamy i tworzy się jakiś inny wymiar rzeczywistości. Natomiast na koncertach klubowych to głównie publiczność daje mi energię. Przede wszystkim jest zdecydowanie mniejszy dystans miedzy mną a publiką, ale też do klubów przychodzą ludzie, bo chcą posłuchać muzyki i dobrze się bawić – mniej jest osób przypadkowych, więc udany koncert jest właściwie gwarantowany. 


Praca popularnego muzyka związana jest z częstymi wyjazdami, wymaga poświęcenia dużej ilości czasu i cierpliwości. Kiedy masz już chwile wytchnienia i możliwość spędzenia ich w dowolny sposób, jak je organizujesz? Czym lubisz się wtedy zajmować?
 
Wolny czas uwielbiam spędzać z moją najwspanialszą rodzinką. I najchętniej spędzamy go aktywnie. Rolki, basen, trampoliny, rowery – dają możliwość wyszalenia się i spożycia nadmiaru energii, ale także wyrabiają dobre nawyki u dzieciaków. Ja spędziłam swoje dzieciństwo na podwórku i mam nadzieję, że uda mi się zaszczepić ten zwyczaj u moich chłopaków. 



Materiał, jaki do tej pory zaprezentowałaś, oscyluje wokół popowo-soulowego brzmienia. Czy w przyszłości chciałabyś bądź planujesz dokonać gruntownych zmian w stylistyce Twojej twórczości?
 


Staram się cały czas rozwijać. Myślę, że z każdym występem dojrzewam artystycznie, więc nowy materiał na pewno nie będzie taki sam jak na mojej debiutanckiej płycie, bo ja jestem już inną osobą. Mam nadzieję, że uda mi się zaprezentować bardziej dojrzały materiał, który dodefiniuję mnie jako artystę. Ale nie chciałabym też stracić świeżości i pozytywnej energii. Jestem optymistką i chciałabym, by to przebijało z mojej twórczości, by moja muzyką dawała pozytywnego kopa.



Dziękuję za rozmowę!


Foto: QLCITY/J. Poremba 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz